Czarny scenariusz dla ludzkości

Image_72

Spełni się czy nie?

Patrząc na różne wydarzenia historyczne, można odnieść wrażenie, że zło jest mocniejsze od dobra. Przykładem może być to, że już na początku dziejów ludzkości kłamstwo i zło pokonało w Ogrodzie Eden prawdę i dobro. Czyżby ludzie wywodzący się od Boga byli bezsilni wobec zła? Dlaczego Bóg nie mógł nic na to poradzić?

Warto zadać jeszcze kolejne pytania. Czy tak się dzieje dalej? Czy zawsze zło będzie wyprzedzać dobro? To trudne i twarde słowa, trafnie opisujące naszą rzeczywistość.

Dobro i jego mechanizmy miały na wieki funkcjonować wśród ludzi.

W Ogrodzie Eden żyli Adam i Ewa. Nie znali zła. Byli pod opieką aniołów, a za ich pośrednictwem, również Boga. Byli dobrzy i niewinni. Niestety, jak się potem okazało, również nieodporni na zło. Świadczy o tym fakt, że słowa „Węża”, przeciwne do słów Boga, znalazły u nich posłuch. Nie pomogło bowiem ostrzeżenie Boga o konsekwencjach „spożywania owocu”.

Przypominam to, co wyjaśniałem w poprzednich rozdziałach. Bóg stworzył tylko dobro z myślą o powstaniu Królestwa Niebieskiego. Ukształtował człowieka na „Swój obraz i podobieństwo”, aby był Jego doskonałym dzieckiem znającym tylko dobro, czyli prawa Boże i ich działanie we wszechświecie.

Marzenie o idealnym świecie oraz niegasnąca wola życia w szczęściu, w dobru i miłości towarzyszyły nam od zawsze. Tymczasem w praktyce dzieje się inaczej. Te marzenia są stale niweczone przez zdarzenia, które nas otaczają. Niszczymy nasze szczęście i dobro przede wszystkim w sposób bezpośredni poprzez indywidualne słabości, głupotę, konflikty między poszczególnymi ludźmi i całymi narodami. Dochodzi wówczas do różnych niesprawiedliwości, krzywd, a nawet wojen, które bywają pokłosiem nienawiści i rewanżem za wyrządzone zło. Takiego świata chce właśnie Szatan. To jego piekło. On wciąż burzy i niszczy nasze marzenia.

Szczęście i dobro potrafimy zdewastować również w sposób pośredni, próbując naprawić istniejącą sytuację. Pojawiają się bowiem różni „naprawiacze”, odnowiciele, reformatorzy, którzy obiecują zmianę na lepsze. Znajdują często wielu chętnych, tworzących grupy ich zwolenników. Niestety, bardzo szybko pojawiają się konflikty, działanie wbrew ludziom, na siłę, pod przymusem. Dochodzi do protestów, prześladowań, a nawet do wojen. Końcowy rezultat jest taki sam, jak niszczenie dobra w sposób bezpośredni.

Od tysięcy lat wybuchają konflikty, wojny, leje się krew. Atakują nas różni wrogowie, którzy chcą nas sobie podporządkować, a czasem zabić. Co robić? Bronić się czy biernie czekać na śmierć? Walczyć ze złem czy zrezygnować z oporu? Zbroić się czy próbować negocjować z wrogiem? A może prowadzić walkę do końca, aby całkowicie zniszczyć wroga? Czy każda cena jest warta zwycięstwa?

Czy jest jakaś najlepsza odpowiedź na te wszystkie pytania dla ludzi żyjących w piekle? Niestety, po tysiącach lat wciąż nie znamy na nie odpowiedzi. A tymczasem zło wciąż istnieje, a Szatan dalej jest „bogiem tej Ziemi”.

Zło wdarło się w życie ludzi na samym początku naszej cywilizacji i mocno jest w niej zakorzenione. Oznacza to przede wszystkim duchową obecność Szatana w naszym upadłym świecie. To również trwanie w naszej osobowości odziedziczonej od niego upadłej natury. W wyniku jej istnienia w ludzkim społeczeństwie zło bez przeszkód wygrywa z dobrem, a kłamstwo jest łatwiej przyjmowane niż prawda. Równie często miłość przegrywa z nienawiścią. Pokazuje to cała historia ludzkości. W większości przypadków ludzie w obliczu zła czują się bezsilni, gdyż wydaje się im, że wobec jego potęgi nic już nie można zrobić. Pytam drugi raz: czy zawsze tak będzie? Czy zawsze będziemy nieodporni na zło?

Skoro zło wraz ze swoimi mechanizmami wdarło się w naszą cywilizację, to dla dobra ludzkości należy stale przypominać zasady jego działania. To pierwszy krok, aby nie poddać się mu i nie uznać go za normalność. Skutki niedoceniania potęgi zła pochodzącego od Szatana uderzały przez wieki we wszystkich ludzi, łącznie z tymi, którzy w niego nie wierzyli. Jak dowodzi historia ludzkości, często nie zauważamy pojawiającego się w naszym życiu zła, a czasami nawet chcielibyśmy zapomnieć o jego istnieniu. W większości przypadków na początku po prostu lekceważymy jego pojawienie się, a gdy je zrozumiemy, najczęściej jest już za późno, aby powstrzymać jego rozwój. Wtedy dokonuje ono ogromnych zniszczeń, które czasami trudno naprawić. Dzieje się tak w naszym życiu osobistym, a nawet na poziomie całych narodów. Tak było na przykład w przypadku reżimów hitlerowskiego, stalinowskiego, Czerwonych Khmerów i wielu innych. Niestety, mechanizmy dojścia tego rodzaju zła do władzy stale się powtarzają. Wciąż miliony ludzi dają się oszukać kłamliwym obietnicom politycznych przywódców, którzy zapowiadają stworzenie lepszego i sprawiedliwszego społeczeństwa, choć często za nimi stoi zły „władca tego świata”. Dlatego w całym moim opracowaniu wielokrotnie przeprowadzam analizę powstawania zła, uzmysławiam istnienie jego centrum, czyli Szatana, jak również wskazuję na skutki jego działania. Z bólem serca podkreślam, że pomimo ogromnych wysiłków ludzi Szatan wciąż utrzymuje swoje piekło w naszym świecie. Niestety, ta bezsilność dotyczy również mnie. Jedyne, co mogę zrobić w tej sytuacji, to stale ostrzegać przed złem, przed jego źródłem i mechanizmami. Jeszcze raz pytam: czy zawsze tak będzie? Czy można coś zrobić wobec potęgi zła?

Wielu z nas w codziennym życiu dość łatwo odróżnia dobro od zła. Dużo trudniej rozgraniczyć je w życiu społecznym, a najtrudniej na szczytach władzy. Wygląda na to, że właśnie o to chodzi „złemu bogu” naszego świata. Zło społeczne zaczyna się, gdy wychodzi ono z ust wielkich przywódców narodów, z mównic rządowych i parlamentarnych. Mówią nam, że tworzą dobro, że wypełniają wolę narodu i że to, co robią, jest nam potrzebne. Według nich, wszyscy, którzy są przeciw nim, są źli, należy ich napiętnować, a nawet usunąć ze społeczeństwa. Przez wielu przywódców, którzy chcą nami rządzić, zło jest często nazywane dobrem, a kłamstwo prawdą. Równie często towarzyszy temu zjawisku cynizm, gdyż wielu z tych, którzy to robią, wie, że mówi nieprawdę. Jednak postępują tak dla kariery, pieniędzy i innych korzyści. W ten sposób wciąż funkcjonuje mechanizm zła.

Wydaje się, że upragniona przez większość ludzi uczciwa demokracja nie ma większych szans w starciu z różnymi reżimami. Zło dość często wygrywa najpierw w postaci populizmu, a potem dość szybko przeradza się w różnego rodzaju totalitaryzmy i tyranie. Tak było z faszyzmem i hitleryzmem, tak też było z komunizmem i pochodnymi od niego dyktaturami. Mechanizm zła w polityce i w życiu codziennym powtarza się od tysięcy lat. Żadne doświadczenie w historii nie pozwala żywić nadziei, że ten łańcuch zła może zostać definitywnie przerwany. Kiedyś przekonał się o tym nawet sam Jezus Chrystus, stając się jego ofiarą. Trzeba zatem ze smutkiem stwierdzić, że taka sytuacja wciąż przedłuża odwieczne cierpienia ludzkości. I na takiej właśnie sytuacji najbardziej zależy „panu tego świata”. Ponawiam pytanie: czy zawsze tak będzie?

Oczywiście, ludzie pragnęli zmienić ten stan rzeczy. Przede wszystkim żyli nadzieją, że Bóg im pomoże i wszystko się zmieni na lepsze. Mijają lata, setki, tysiące lat, a żadna zmiana na lepsze się nie pojawia. Przykładem tego może być fakt, że zło na świecie po przyjściu Jezusa jest takie samo, jak było przed Jego przyjściem. Czyżby Stwórca nie mógł wybawić naszego świata od zła? Czyżby nie mógł zaingerować i zlikwidować mechanizmu zła oraz odsunąć Szatana od władzy? Niestety, wygląda na to, że On Sam, bez naszego znaczącego udziału czy wbrew naszej woli, nie może tego dokonać. Nie ma wątpliwości, że nasze uczestnictwo w obaleniu dyktatury „pana tego świata”, jest niezbędne. Trzeba pamiętać, że Bóg nie mógł zaingerować w upadek Adama i Ewy, nie mógł, pomimo perswazji, zaingerować w zabójstwo Abla przez Kaina, a przede wszystkim nie mógł powtrzymać złych ludzi przed ukrzyżowaniem Jezusa. Dlatego podkreślę po raz któryś z rzędu, że Bóg nie ingeruje w zło i Sam z Siebie nie może go zlikwidować. Ludzkość przeszła przez tysiące lat cierpień, zbrodni, wojen oraz innych straszliwych rzeczy, a On nie mógł nic na to poradzić. Dlatego wielu z nas w ogóle w Niego nie wierzy, gdyż taki nieskuteczny i nieporadny Bóg nie ma dla nich żadnego sensu. Bardzo się z tego cieszy obecny zły „władca” ludzkości.

Tymczasem dzięki naszej pierwotnej naturze wciąż myślimy o Bogu, tęsknimy za dobrem i mamy nadzieję, że kiedyś powstanie idealny świat. To jest taka nasza odwieczna nadzieja, która pomimo upływu tysięcy lat wciąż w nas trwa. Nawet gdy dotyka nas ewidentne zło, ta nadzieja nigdy nie gaśnie. Znamiennym przykładem takiego stanu jest wiara, że ukrzyżowanie Jezusa ma zwycięski wydźwięk. Pomimo że padł ofiarą zbrodni, to Jego śmierć i zmartwychwstanie są traktowane przez chrześcijan jak sukces. Nie trzeba się zatem dziwić, że to połowiczne zwycięstwo nad Szatanem, zaowocowało powstaniem chrześcijaństwa, które twierdzi, że przez tę zbrodnię nastąpiło zbawienie świata i że Bóg tak chciał. Szkoda, że ludzka nadzieja przerodziła się w tak nie całkiem rozsądną teorię, ale właśnie na tym polega jej fenomen. Potwierdza to też wiara w ostateczną sprawiedliwość w formie końca świata i Sądu Ostatecznego. Moim zdaniem ta nadzieja to raczej dowód ludzkiej bezsilności w działaniu na rzecz likwidacji zła. Niestety, ta sytuacja sprzyja dalszemu funkcjonowaniu mechanizmów zła.

Można domniemywać, że jeśli nie zmienimy naszej wizji zbawienia, to zło będzie istnieć wiecznie. Właśnie tej sytuacji dotyczy mój czarny scenariusz dla ludzkości. Gdyby się ziścił, mogłaby być porażką dla Stwórcy. Na razie nie dopuszczam do siebie tych negatywnych myśli. Moja stała nadzieja ma swoje źródło w fakcie, że Bóg istnieje poza czasem i przestrzenią. Dla Niego tysiące lat mogą być bardzo krótkim odcinkiem czasu. Jeśli zbawienie nastąpi za kolejnych tysiące lat i ostatecznie powstanie na Ziemi Królestwo Niebieskie, to w skali wieczności cała zła przeszłość ludzkości będzie tylko niewielkim epizodem. Wtedy „piekielny” okres naszej historii będzie dla nas tylko złym wspomnieniem. Logika nakazuje więc wierzyć, że kiedyś nastąpi koniec zła.

Jeden z najbardziej czarnych scenariuszy dla ludzkości przewiduje jej zagładę w wyniku wojny z użyciem broni nuklearnej. Pewnie taka tragedia nie byłaby tylko klęską dla ludzkości, ale również dla Samego Stwórcy. Czy może do tego dojść, pomimo przekonania, że Stwórca nie powinien ponosić porażek? Myślę, że gdyby nastąpił taki kataklizm, to zawsze znajdzie się jakiś „Noe”, który przetrwa zagładę. Wnioskuję to na podstawie biblijnego opisu potopu. Traktując Biblię jako księgę dydaktyczną, należy przyjąć, że zamieszczona tam historia Noego wyjaśnia, że nigdy nie dojdzie do całkowitej zagłady ludzkości.

W oczekiwaniu, że kiedyś w przyszłości skończy się zło i zapanuje wieczne dobro, towarzyszy nam jeszcze jedna nadzieja. Większość religii głosi, że po śmierci będziemy żyć w dobrym świecie duchowym. Na przykład chrześcijanie wierzą, że będą żyli w raju, który otworzył Jezus Chrystus. To nam jeszcze pozostało, gdyż dzięki temu nasz los może zależeć od naszych wysiłków, to znaczy, że będziemy uczciwie żyć, odrzucając zło. Wielu żyje tą nadzieją, ponieważ wie, że nic więcej nie może zrobić. Trochę to pomaga, aby się całkowicie nie załamać i nie przeżywać stale bólu wskutek obserwacji faktycznego stanu naszego świata. W tę postawę wpisuje się wspomniana już wiara w koniec świata, gdyż wielu uważa, że w wyniku Sądu Ostatecznego Bóg przeniesie życie ludzi do tak zwanego nieba. Oznacza to, że któregoś dnia świat fizyczny przestanie istnieć, a pozostanie tylko dobry świat duchowy zwany Królestwem Niebieskim. W tym opracowaniu próbuję wyjaśnić niedorzeczność takiego scenariusza, choć bardzo współczuję bardzo współczuję tym, którzy żywią nadzieję na taką formę końca zła.

Są rzeczywiście momenty, w których ludzie wątpią w możliwość powstania świata pod zwierzchnictwem Boga. Zaczynają myśleć, że lepiej pogodzić się z zaistniałą sytuacją i nie walczyć ze złem. Do skrajności dochodzi, gdy pojawia się kult Szatana. Niektórzy, dzięki niemu, prowadzą dobre życie w świecie pod jego panowaniem. Tak dzieje się od dawna. Są nawet tacy, którzy łączą proces zbawienia z Szatanem. Uważają, że skoro Stwórca jest wszechmocny, to kiedyś Szatan wróci do łask Bożych, a wtedy wszyscy, którzy byli mu wierni, wrócą do Boga razem z nim, a zło bezpowrotnie zaniknie. Liczą na to, że, skoro Bóg stworzył Archanioła Lucyfera, to w końcu Szatan przestanie istnieć, przyjmując znów pierwotną, pozytywną postać. To raczej ryzykowna filozofia. Myślę, że sataniści nic w ten sposób nie zyskają, gdyż ich wiara dotyczy istoty, której Stwórca nie miał w Swoich planach i która nie jest Jego dziełem. Szatan pojawił się w wyniku upadku w Ogrodzie Eden, który nastąpił przy udziale jego samego i ludzi. Zgodnie z koncepcją Ojca Niebieskiego, ludzie od początku zajmowali wyższą pozycję w hierarchii świata duchowego niż aniołowie. A więc stawianie samego siebie na pozycji sługi upadłego archanioła jest podwójnie niewłaściwe. To zresztą może dotyczyć nie tylko samych satanistów, ale również każdego człowieka.

Bóg jest wszechmocny i doskonały, a Jego Wola prędzej czy później musi się spełnić. Również faktem jest to, że jest On niezmienny. Takie przekonanie jest zgodne z moją wiarą i wiedzą. Na przykład w Ogrodzie Eden Bóg powiedział, że spożycie „owocu” doprowadzi pierwszych ludzi do śmierci. I tak się stało. Wiemy jednak, że przygotował nam drogę do Królestwa Niebieskiego. Czy pamiętamy o tym? Czy w ramach naszej wiary bierzemy pod uwagę to, że kiedyś nastąpi dzień, w którym Szatan przestanie całkowicie istnieć? Może właśnie dlatego nie powinno się zostać satanistą.

Celem marzeń każdego człowieka powinno być wyzwolenie się z obecnej sytuacji. Wówczas powinniśmy trafić do idealnego świata duchowego, porzucając na zawsze zły stan powstały na Ziemi. Jednak zanim to nastąpi, warto stale przypominać każdemu człowiekowi o przyczynach obecnej rzeczywistości. Niestety, nie wszyscy orientują się o prawdziwych skutkach sytuacji, która miała miejsce na początku historii ludzkości. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że można nas porównać do więźniów zamkniętych w odizolowanym od świata więzieniu, do którego nie dociera właściwa informacja o prawdziwym, wolnym życiu. Umieramy bez rzetelnej wiedzy o nas samych, a po śmierci jesteśmy zdezorientowani wejściem do nieznanego nam świata duchowego. Najlepiej byłoby, aby każdy z nas po śmierci mógł się dostać „w ręce” dobrych aniołów i przy ich pomocy dokończyć swój wzrost do doskonałości. Wtedy nasze osoby duchowe mogłyby całkowicie zerwać kontakt z „szatańską” Ziemią i rozpocząć właściwe życie w bezkresnym wszechświecie pozostającym pod zwierzchnictwem Boga. Czasami myślę, że tak rzeczywiście jest, gdy kochani przeze mnie bliscy na zawsze znikają po swojej śmierci.

Przypomnę zatem, co rozumiem przez czarny scenariusz dla ludzkości. Twierdzę, że jeśli nie nastąpi zbawienie, to Szatan zawsze będzie naszym „bogiem”. Wtedy sataniści znajdą się na najkorzystniejszej pozycji w społeczeństwie, gdyż dla nich samych nie będzie on aż tak „czarny”. Na dodatek ten scenariusz nie jest taki nieprawdopodobny. Mamy przecież za sobą wiele tysięcy lat „szatańskiej cywilizacji”, a na horyzoncie wciąż nie pojawia się „biały” scenariusz.

Na razie ludzkość wciąż mimowiednie czeka na zbawienie, którego ma dokonać sam Bóg, choć w poprzednich rozdziałach wykazałem, że jest to nielogiczne. Nie dopuszczamy też do siebie myśli, że może ono nigdy nie nastąpić, a zło będzie trwało na wieki. Jeśli dalej będziemy tacy bierni i ślepi na logiczne wnioski wynikające z praw i zasad pochodzących od Stwórcy, to rzeczywiście czeka nasz wieczne piekło na Ziemi. Niestety, trzeba to wziąć pod uwagę. Licząc od najdawniejszych czasów, niczego się nie nauczyliśmy w oparciu o doświadczenie poprzednich pokoleń. Aż prosi się powtórzyć popularne powiedzenie: czarno to widzę.

Nie chcę w tym rozdziale pozostawać przy czarnym scenariuszu, choć taki jest jego tytuł. Na fakt wiecznego panowania Szatana nie wyraża zgody moja pierwotna natura, choć jest ona zagłuszana przez tę złą, upadłą. Dobra natura zawsze marzy o idealnym świecie, podczas gdy ta zła każe nam twardo „stąpać” po upadłej ziemi. W tym stanie nienaturalnego, wewnętrznego rozdarcia spowodowanego współistnieniem obu tych natur, nie da się żyć przez całą wieczność. Któraś z nich musi ostatecznie zwyciężyć i wypełnić całą naszą osobowość. Tą zwycięską nie może być natura upadła, gdyż wtedy nie miałby żadnego sensu opisany w tym opracowaniu Byt Pierwoistny, Źródło pierwotnej natury. Tylko całkowite wyeliminowanie upadłej natury, zaniknięcie zła, czyli zwycięstwo dobra, ma sens w świetle tego, o czym pisałem w niniejszym opracowaniu.

Czy w takim razie istnieje alternatywa dla czarnego scenariusza?

Widzę dwa takie scenariusze. Pierwszy, dość typowy, a drugi mocno futurologiczny.

Ten typowy scenariusz został już opisany w kilku miejscach w tym opracowaniu, a najdokładniej w rozdziale pt. „Zbawienie świata”. Główny wniosek, który z niego wynika, dotyczy postawy ludzi wobec Powracającego Zbawiciela. Chodzi o to, aby go właściwie rozpoznać i nie „ukrzyżować”. Wtedy mogłaby się zacząć odnowa naszego świata i moglibyśmy wrócić do pierwotnego scenariusza przewidzianego przez Stwórcę. Niestety, trzeba się też strzec innych mechanizmów zła. Ponowne odrzucenie przychodzącego Zbawiciela nie musi się dokonać poprzez literalne zabójstwo. Możemy sobie wyobrazić całkowity brak poparcia dla niego, brak zrozumienia dla jego nauk, a także pozostawienie jego losów w rękach polityków i fanatycznych wyznawców różnych religii. Już raz, w dawnym Izraelu, taka mieszanka polityczno-religijna doprowadziła do zaprzepaszczenia możliwości pełnego zbawienia, którego miał dokonać Jezus Chrystus.  Niestety, obserwacja obecnej sytuacji na świecie prowadzi raczej do czarnego scenariusza.

Przejdę teraz do scenariusza futurologicznego.

To, co tu przedstawiam, wynika logicznie z treści całego mojego opracowania, które nazwałem „Dotyk wieczności”. Skoro twierdzę, że Bóg nie może zaingerować w nasz świat, aby go samodzielnie zbawić, a mieszkańcy Ziemi okazują się niezdolni do przeprowadzenia procesu zbawienia, to może to zrobić ktoś zewnątrz. Nadal przewiduję, że powinni to zrobić ludzie, choć niekonieczne z naszej planety.

Z punktu widzenia kogoś z zewnątrz wygląda na to, że na jednej z planet ukształtowanych przez Stwórcę nastąpiła tragedia, która do dzisiaj powoduje cierpienie Jego przyszłych dzieci. Szkoda, że ten los spotkał właśnie naszą Ziemię. W tym „czarnym” postrzeganiu określiłem ją jako piekło, w którym musimy żyć. Panujący w nim Szatan i jego źli aniołowie są równocześnie odizolowani od właściwego, Bożego wszechświata duchowego. Zatem znalezienie się ludzkości pod ich złym panowaniem w dramatyczny sposób zatrzymało nasz rozwój. Z naszej Ziemi nie można bezpośrednio po śmierci fizycznej wejść do idealnego wszechświata duchowego, gdyż nastąpiła także izolacja podległych Szatanowi ludzi, którzy zamieszkują Ziemię. Żyjemy zamknięci najpierw w fizycznym piekle na Ziemi, a po śmierci tułamy się w ograniczonym świecie duchowym związanym z naszą rzeczywistością a przypominającym jedną wielką poczekalnię. Jej sfery są jakby umieszczone w wielkim „kloszu” przykrywającym naszą rzeczywistość, tworząc gigantyczne przedłużenie naszego „ziemskiego więzienia”.

Czy można zatem liczyć na to, że w tej trudnej sytuacji przyjdą nam na pomoc inne cywilizacje ludzkie, które zgodnie z moim przypuszczeniem mogą znajdować się gdzieś w kosmosie?

Takie rozwiązanie, pomimo wielkich nadziei, może jednak nie dojść do skutku, jeśli o naszej dramatycznej sytuacji nie będzie wiedział nikt we wszechświecie. Jest to dość prawdopodobne. Być może nie chodzi tu tylko o poziom techniki. Na pewno ciężko byłoby porozumieć się cywilizacji na poziomie najstarszego okresu kultury Babilonu z cywilizacją na poziomie naszego XXI wieku. Być może właśnie taka różnica istnieje między naszą cywilizacją, a innymi wysoko rozwiniętymi na tamtych planetach. Przy mniej pesymistycznym scenariuszu można sobie wyobrazić naszą Ziemię zagubioną w bezkresnym kosmosie jako samotną planetę, do której nie docierają żadne informacje od reszty świata, a równocześnie o tej planecie nikt nic nie wie.

Jednak boję się, że główny problem leży jeszcze gdzie indziej. Może bowiem być tak, że jesteśmy „samotną wyspą zła” w kosmosie, jedyną upadłą cywilizacją ludzką. Zło na naszej planecie mogło uczynić nas na tyle zepsutymi i obcymi dla wszechświatowej społeczności, że wytworzyła się ogromna duchowa „przepaść” między nimi a nami. Na dodatek, z powodu zła, możemy być na tyle obcy dla nich, że będą się nas bali. Wygląda na to, że możemy być poza ustabilizowanym dobrem we wszechświecie, jakby w otchłani, zdani ciągłe na zło. Mam jednak nadzieję, że tak nie jest, gdyż byłby to rzeczywiście czarny scenariusz.

Pisałem już, że Bóg jest doskonały i niezmienny. Dlatego na innych planetach we wszechświecie, podobnych do Ziemi, mógł stworzyć ludzi o fizycznej strukturze identycznej jak nasza. To, co jest najważniejsze, to fakt, że prawdopodobnie żadna inna ludzka cywilizacja we wszechświecie nie doświadczyła takiej tragedii, jaką nasza cywilizacja przeszła w Ogrodzie Eden w pierwszych latach swojego istnienia. Wszyscy inni powinni być w pełni doskonali, nieskażeni złem. To dało nadzieję, że są wystarczająco mądrzy, żeby nam pomóc. Do współpracy mogą zaprosić tych samych aniołów, którzy komunikują się z nami. Na razie ci dobrzy aniołowie w oparciu o obecną ludzkość nie mogą zbyt wiele zrobić, co można uznać za złą wiadomość.

Dobrą wiadomością jest fakt, że właśnie ci dobrzy aniołowie znają naszą obecną sytuację. Zatem podczas przeprowadzania zbawiania naszej Ziemi mogliby być odpowiednimi przewodnikami dla ludzi z innych planet. Wiadomo, że doskonali ludzie dysponują jeszcze większa mocą niż aniołowie. Mogą zatem stanąć do pojedynku z Szatanem, tak jak to zrobił Jezus. Taka armia „zbawicieli” mogłaby z pewnością poradzić sobie z Szatanem i jego złymi duchami. Niestety, ta dobra cywilizacja nie przyleci do nas na statkach kosmicznych. Na Ziemię mogą trafić tylko ich osoby duchowe. Konieczna będzie zatem pomoc ze strony fizycznych osób żyjących aktualnie na naszej planecie. Poszczególni ludzie powinni zaoferować swoje osoby fizyczne osobom duchowym przybyszów z tamtej, nieskażonej złem planety. Ten mechanizm użycia osoby fizycznej przez „obcą” osobę duchową Stwórca przewidział już od dawna, aby wszyscy ludzie wszechczasów mogli uczestniczyć w życiu zarówno swojej planety, jak i innych zamieszkałych planet w całym wszechświecie. Mogłoby to zmobilizować pozostałych ludzi na Ziemi, aby włączyli się w proces oczyszczania świata ze zła. Dodatkową pomoc i doświadczenie mogą zaoferować osoby duchowe z raju, czyli święci prowadzeni przez Jezusa. Oni bowiem wiedzą, kto jest naszym głównym przeciwnikiem na Ziemi. Doprowadziłoby to wreszcie do realizacji pierwotnych planów Stwórcy i nauczyło nas żyć w świecie pod Jego zwierzchnictwem. Ten proces trwałby do momentu, w którym Bóg bezpośrednio mógłby się włączyć w nasze życie. Nastąpiłoby to w wyniku dojścia do doskonałości pierwszej ludzkiej pary, czyli tego, czego nie zdołali osiągnąć Adam i Ewa. Staliby się oni właściwymi rodzicami całej ludzkości, dając początek Boskiemu rodowodowi naszej rasy. Wówczas ten scenariusz upodobniłby się do pierwotnego scenariusza opisywanego w moim opracowaniu. Nie byłby to już czarny scenariusz, ale ten, który prowadzi do powstania idealnego świata. Wynika stąd prosty wniosek, oczywiście bardzo futurologiczny i pochodzący po części ze sfery marzeń, że do zbawienia potrzebujemy wsparcia ze strony ludzi, którzy już gdzieś we wszechświecie zrealizowali Boską koncepcję świata, czyli Królestwo Niebieskie.

To, co napisałem powyżej, brzmi nieprawdopodobnie, ale wynika z logicznej analizy stanu wszechświata, który, moim zdaniem, powstał zgodnie z koncepcją Stwórcy.

Przedstawiając taką futurologiczną wizję wszechświata, myślałem również o ludziach nauki, aby i oni zrozumieli naszą specyficzną sytuację. Oczywiście, naukowców nie trzeba przekonywać do poszukiwań cywilizacji na innych planetach w kosmosie. Robią to bowiem już od dawna. Mnie raczej chodzi o to, aby nie traktować ich badań jako działania marginalnego lub bezsensownego. Na początek wystarczy uzmysłowić jak największej liczbie ludzi, że gdzieś w kosmosie może istnieć życie wolne od zła. Wtedy będzie można zdać sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. Myślę, że w najbliższej przyszłości dojdziemy do odpowiedniego poziomu techniki umożliwiającej skuteczną komunikację międzyplanetarną, aby we wszechświecie było coś o nas wiadomo. Wtedy ewentualnie moglibyśmy podjąć próby zlikwidowania naszego piekła przy pomocy z zewnątrz.

Czy to wszystko, co napisałem powyżej, jest jedynie fikcją? A może to tylko moje marzenia?

Odpowiedź na te pytania przyniesie przyszłość...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teoria wiecznego istnienia